
Polski kierowca ruszający na zachód albo na południe zwykle zabiera ze sobą kodeks drogowy w wersji zapamiętanej. Kłopot polega na tym, że część rzeczy legalnych albo po prostu tolerowanych w kraju po drugiej stronie granicy jest wykroczeniem, a mandat wypisuje się od razu i bez dyskusji. Najdroższe nie są przy tym spektakularne wybryki, tylko drobiazgi: brakująca nalepka, kieliszek wina do obiadu, jedna kamizelka za mało w bagażniku.
W Polsce obowiązuje limit 0,2 promila, co w praktyce oznacza margines na kufel piwa z poprzedniego wieczoru. W Czechach, na Słowacji, na Węgrzech i w Rumunii limit wynosi dokładnie zero i jest traktowany dosłownie — każda wykryta wartość to wykroczenie, a w części tych krajów natychmiastowe. W Niemczech, Francji, Włoszech, Austrii i Hiszpanii granica jest wyższa niż polska i wynosi 0,5 promila, tylko że kierowcy z krótkim stażem obowiązują tam limity obniżone, niezależnie od tego, w którym kraju wyrobili prawo jazdy.
Od lipca 2023 roku jazda państwowymi odcinkami polskich autostrad jest dla samochodów osobowych bezpłatna, co skutecznie odzwyczaiło kierowców od myślenia o opłatach. Tymczasem w Austrii, Czechach, na Słowacji, w Słowenii, na Węgrzech i w Szwajcarii wjazd na drogę szybkiego ruchu bez winiety — dziś w większości elektronicznej, kupowanej online — jest wykroczeniem wykrywanym automatycznie. Kwoty za brak winiety bywają kilkudziesięciokrotnie wyższe od ceny samej winiety, a bramka nie jest potrzebna, żeby je naliczyć.
Polskie strefy czystego transportu działają na zasadzie kryteriów: rocznik, norma emisji, rodzaj paliwa. We Francji i w Niemczech logika jest inna — liczy się fizyczna nalepka na szybie. Francuski Crit'Air i niemiecka plakietka ekologiczna muszą być wykupione i przyklejone, zanim auto wjedzie do strefy, i nie da się ich nadrobić po fakcie ani wytłumaczyć tym, że samochód spełnia wymagania.
Sam pojazd może być więc formalnie w porządku, a kierowca i tak zapłaci — za brak papierka, nie za emisję.
Polska wymaga w samochodzie gaśnicy i trójkąta ostrzegawczego. Poza krajem lista się rozjeżdża: w Niemczech, Austrii i Czechach dochodzi apteczka, we Francji, Włoszech, Hiszpanii i Austrii kamizelka odblaskowa, przy czym w części państw liczy się jedna na każdą osobę w pojeździe, a nie jedna na auto. W Bułgarii, Rumunii i Grecji sprawdzana jest z kolei gaśnica, której w niektórych krajach zachodnich nikt nie wymaga. Do tego dochodzą opony zimowe, obowiązkowe w Austrii i Słowenii w wyznaczonych terminach, a w Niemczech i Czechach zależne od warunków na drodze — pojęcia w polskich przepisach nieistniejącego.
Polski kierowca przyzwyczaił się do aplikacji ostrzegających o kontrolach prędkości. We Francji urządzenia wykrywające radary są zakazane, a samo ich posiadanie w aucie wystarcza do mandatu i konfiskaty. W Niemczech nielegalne jest korzystanie podczas jazdy z funkcji ostrzegania o pomiarach, także w telefonie. Przepis dotyczy używania, nie zainstalowania, ale w praktyce sprawdza się to w trakcie kontroli.
W Polsce taryfikator jest z góry znaną tabelą. W Szwajcarii, Norwegii i Finlandii wysokość kary za prędkość zależy od dochodu sprawcy, co przy poważniejszym przekroczeniu potrafi dać kwotę rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie chodzi przy tym o rekordy z nagłówków — mechanizm uruchamia się przy przekroczeniach, które w kraju kończą się kilkuset złotymi.
Rozwiązania obowiązujące w Unii pozwalają przekazywać dane właścicieli pojazdów między państwami, więc wezwanie do zapłaty za wykroczenie zarejestrowane przez fotoradar we Włoszech czy w Niderlandach potrafi dotrzeć do Polski kilka miesięcy po wakacjach. Do kwoty mandatu dochodzą wtedy zwykle koszty obsługi sprawy przez firmę windykacyjną, co podnosi rachunek dwukrotnie albo bardziej.
Różnice między polskimi a europejskimi przepisami rzadko dotyczą rzeczy oczywistych — limity prędkości i zakaz trzymania telefonu w ręku wyglądają wszędzie podobnie. Rozjeżdżają się szczegóły: dopuszczalny promil, obowiązkowa nalepka, liczba kamizelek, elektroniczna winieta, sposób liczenia kary. Wszystkie są tanie do sprawdzenia przed wyjazdem i drogie do wyjaśniania na poboczu, zwłaszcza że w większości przypadków kierowca dowiaduje się o przepisie dopiero w momencie, gdy już go złamał.